Kolejna notka...
Co prawda napisałam już ciąg dalszy o poprzedniej opowiadania ("Najwyższa ofiara"- jeśli są tu jacyś sklerotycy ;P) aczkolwiek w moim mniemaniu jest zbyt krótki, by go tutaj wstawić. Dlatego właśnie wpadłam na kolejny pomysł z serii "pseudo genialnych" i postanowiłam zamieścić dzisiaj początek nowego opowiadania. Homofobów uprzedzam, że jest to tylko shounen-ai więc mogą spokojnie czytać, nie narażając się na (zbytnie) uszczerbki w psychice. Opowiadaniwe dzieje się w czasie rzeczywistym, w Japonii więc nie będzie żadnego fantasy ani ninja (Tak, wiem, że pewnie teraz większość czytelników opuści tego bloga, ale po prostu miałam wenę na romansidło i nic na to nie poradzę)
No i to tyle mojego przynudzania ;P
Ach, no i przepraszam wszystkich fanów Naruto- obiecuję, że paringi będą później. Jak "później" tego nie da się określić, ale w każdym razie będą ^^
To opowiadanie pisałam do różnych utworów, ale najbardziej pasuje "Never alone" zespołu Barlow Girl co do którego zamieszczam poniżej link.
http://asiorek17.wrzuta.pl/audio/6358YMCY266/barlow_girl_-_never_alone
Miłego czytania.
YoAne
***
Kwiat kwitnącej wiśni
„To prawda”- pomyślał- „Rok temu było zupełnie inaczej…”
Czemu stał się tak sentymentalny?
„Dobrze wiesz, czemu”- stwierdził głos w jego głowie.
Miał rację.
Kenate westchnął.
Szedł dalej, rozkoszując się cudownym widokiem i zapachem. Zbliżające się już do zachodu słońce rzucało jasne promienie na ścieżkę tworząc wręcz surrealistyczny obraz rzeczywistej alei. On sam czuł się jak we śnie. Pięknym śnie z którego nie chciał się obudzić.
„Dokładnie tak samo było rok temu…”
Gdy przypominał sobie tamte wydarzenia sen zamieniał się w koszmar.
Podszedł do jednego z drzew i zerwał pojedynczą gałązkę. Przechodzący obok ludzie dziwnie się na niego popatrzyli i szybkim krokiem poszli dalej, kontynuując przerwaną rozmowę. Chłopak tymczasem jak zahipnotyzowany wpatrywał się w białe płatki z domieszką różu. Słodki zapach otaczał go ze wszystkich stron przypominając o minionych chwilach. Do jego świadomości zaczęły napływać myśli i wspomnienia. Niektóre były tylko urywkami i cieniami przeszłości, ale niektóre były tak rzeczywiste, że czuł się, jakby teraz właśnie przeżywał to ponownie.
Łza popłynęła po jego policzku.
„Czemu on odszedł?”
Przez cały rok próbował znaleźć odpowiedź na to pytanie. Myślał nawet nad najczarniejszymi scenariuszami.
„Może po prostu… Nie byłem dla niego ważny?”
Odwrócił się i wolnym krokiem poszedł dalej. Szczerze mówiąc nie miał się gdzie spieszyć. Dziś był dzień wolny i nie chciał wracać do pustego domu. Poza tym musiał przemyśleć parę spraw. Pierwszą z nich był dzisiejszy dzień. A właściwie ten sam dzień, tyle, że rok temu. Spojrzał na zegarek. Nawet godzina się prawie zgadzała. Brakowało tylko jednego i najważniejszego elementu…
„Lyu”
„A bez tego elementu cała układanka w cholerę.”- pomyślał.
Pamiętał to wszystko, jakby wydarzyło się wczoraj a nie aż cały rok temu. Blada twarz, błękitne oczy ze szmaragdowymi przebłyskami, delikatne, słodkie usta. Tak bardzo delikatne…
Westchnął i przymknął na chwilę oczy. W ciemności wirowały tysiące barwnych obrazów. Najlepiej pamiętał ten wszechobecny, słodki zapach kwitnącej wiśni. Pod natłokiem minionego czasu tamta rozmowa wydawała się zaledwie snem. Kolejnym koszmarem łudzącej, codziennej rzeczywistości.
Otworzył oczy i ponownie spojrzał z tęsknotą na trzymaną w ręce gałązkę. Dopiero gdy przechodząca obok kobieta posłała w jego kierunku zdziwione spojrzenie, uświadomił sobie, że stoi w miejscu. To musiało wyglądać naprawdę oryginalnie. Dorosły mężczyzna stojący na środku drogi z zamkniętymi oczami, wąchający kwiatki i jeszcze uśmiechający się sam do siebie. Ten kto go widział niewątpliwie musiał doznać lekkiego szoku. Szczerze mówiąc mało go obchodziło co sobie pomyślą na jego temat inni ludzie. Dla niego i tak najważniejsze było zdanie jednej osoby, która zresztą akceptowała go razem z jego dziwactwami.
Szkoda tylko, że tej osoby tutaj nie ma…
I nigdy już nie będzie…
Minął już rok, a on nadal nie potrafił się z tym pogodzić. Każdej nocy, gdy tylko się obudził odruchowo dotykał ręką pustego miejsca obok siebie. Ale zamiast tak dobrze znajomego mu ciała było tam tylko powietrze. Zawsze czuł wtedy tak przejmującą pustkę. Jakby ktoś wyrwał mu serce.
Szedł dalej. Aleja się kończyła i doszedł do standardowej „szarej” części miasta. Prawie całe takie było oprócz tych nielicznych plam zieleni na mapie. Ciasne uliczki, spaliny samochodów unoszące się w powietrzu i tłumy spieszących się w sobie tylko znanych kierunkach, zapracowanych ludzi. Jeszcze rok temu on też był taki jak oni. Praca do późnego wieczoru, powrót do hotelowego pokoju, zjedzenie kolacji o północy (albo i jeszcze później), dowleczenie się do łazienki i w stanie ćwierćprzytomności umysłu wejście do wanny. Wywleczenie się z łazienki i chwiejnym krokiem dojście do łóżka, padnięcie z głębokim westchnieniem ulgi na kołdrę, nastawienie budzika i zasypiając układanie sobie w głowie listy spraw do zrobienia jutro. Parę godzin snu, wstanie o szóstej rano, wepchnięcie w siebie śniadania, zarzucenie na siebie lekko pomiętego garnituru i jako takie doprowadzenie do porządku stanu ogólnego swojego wyglądu, wepchnięcie do teczki papierów, pospieszne zamknięcie drzwi i zbiegnięcie w zastraszającym tempie z czwartego piętra. Tak wyglądało jego życie.
Miał już tego serdecznie dosyć.
Miał dosyć takiego życia.
Ale wtedy jeszcze nie rozumiał, że życie może mieć inny sens…
Dopiero on mi go pokazał
Lyu…
Teraz to wszystko prysło jak bańka mydlana. Starał się żyć, jakby nic się nie stało, ale nie mógł. Czuł się, jakby stracił część siebie.
I to tę najważniejszą część.
Skręcił w boczną uliczkę i szedł, aż jego oczom ukazała się znajoma kamienica. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Wszystko wyglądało, jak wtedy… Przymknął oczy, odtwarzając na nowo w pamięci tamte wydarzenia.
To bolało. Zresztą wszystko bolało. Nie było chyba takiego dnia, w którym by o nim nie myślał. Nie było nawet takiej minuty.
A on nie potrafił sobie odmówić tych urywków, dzięki którym jeszcze żył.
Wszedł po schodach na czwarte piętro. Rok temu otwierał te same drzwi, wiedząc, że za nimi zastanie jego. Wszedł do mieszkania łudząc się, ktoś może na niego tam czekać. Na kanapie nie było nikogo. Nikt nie powitał go z tym ciepłym uśmiechem. Nikt nie spojrzał na niego tak wymownie szmaragdowymi oczami…
Usiadł i spojrzał na zegar wiszący, nad komodą. Jeszcze tylko piętnaście minut.
Czemu on się w ogóle łudzi? Przecież wie, że nikt nie przyjdzie.
Minuty dłużyły się niemiłosiernie. Zresztą już tak długo był masochistą, że kolejna fala bólu nie robiła na nim żadnego wrażenia…
Już tylko minuta…
Dziesięć sekund…
Czemu się łudzi?
Dzwonek do drzwi.
Wstał i poszedł otworzyć.
Na zewnątrz nie było nikogo. Za to na wycieraczce leżała gałązka kwitnącej wiśni z przyczepionym listem. Podniósł go. Na kopercie były dwa słowa napisane tak dobrze mu znanym, pochyłym pismem.
„Dla Kenate”
***
CDN

2 komentarze:
czytałam to już ;///
Ale drugi raz był też fajny;d;d
Ojć Ojć podobało mi sie xd
Ja ci dam zły styl?! WRRRR
Beto, nieee...MAŁPO, to ty od tego jesteś żeby "ratować" stylistykę |;<
*focha się*
Resztę dopowiem jak postanowię dodać notkę, bo jakoś nie ma za dużo komentów...
;/ ^
Twoje opo | już czytałam i sie wypowiedziałam. Nic nowego do dodania nie mam xp
Trochę rozszerzyłabym" treść.
Prześlij komentarz